Znajdziesz nas też tutaj:

Wywiady

Komorski: Nigdy nie ma perfekcyjnego meczu

„Święta Wojna” była ostatnim ligowym akordem w tym roku kalendarzowym dla zespołów GKS-u Tychy i TAURON Re-Plast Unii Oświęcim. W mieście nad Sołą, hokeiści tych drużyn zaserwowali nam dawkę naprawdę ciekawego widowiska. Tym razem lepsi byli tyszanie, którzy zwyciężyli 6:4.

W meczu 32. kolejki Polskiej Hokej Ligi pomiędzy TAURON Re-Plast Unią Oświęcim a GKS-em Tychy padło aż 10 bramek. Tyszanie jako pierwsi zdobyli bramkę, a prowadzenia nie oddali do końcowej syreny. Patrząc na liczbę bramek, tyscy kibice mogą być zadowoleni ze skuteczności. Jednak gdy spojrzymy na to, że rywale zaaplikowali podopiecznym Andrieja Sidorienki, widać że w defensywie jest jeszcze pole do poprawy.

– W dzisiejszym meczu panował wesoły hokej. Przyjechaliśmy tu z zamysłem żeby nie stracić bramki. Szybko jednak te nasze plany się skomplikowały. Z dzisiejszego meczu może cieszyć skuteczność, bo zdobyliśmy sześć bramek z trudnym rywalem. Szybko wyszliśmy na prowadzenie, ale na własne życzenie doprowadziliśmy do tego, że ten mecz stał się szalonym. Prowadząc już dwiema bramkami tak doświadczona drużyna jak nasza powinna spokojnie dowieźć do końca ten wynik, żeby ten mecz był spokojniejszy. Dziś jednak było wariactwo do samego końca. Nawet przy wyniku 6:4, na 44 sekundy przed końcem rywale doszli do dwóch dobrych okazji strzeleckich. Tego powinniśmy się wystrzegać – zaznaczył kapitan trójkolorowych.

To spotkanie miało wiele ważnych momentów. Szybkie prowadzenie, bramka „do szatni” Jakuba Bukowskiego, a w końcu bramka Bartłomieja Jeziorskiego, który przypieczętował zwycięstwo swojej drużyny.

– Z perspektywy całego spotkania kluczowym momentem był gol Bartka Jeziorskiego, która ustaliła wynik spotkania. „Jezior” wykorzystał przewagę na dziesięć minut przed końcem. Ten gol dał nam gdzieś ten margines błędu. Mieliśmy dwie bramki przewagi i wydaje mi się, że chłopakom z Oświęcimia mogło to podciąć skrzydła. Spuścili nieco z tonu w ataku i ich wiara też już była chyba nieco mniejsza. Wydaje mi się więc, że to był taki ważny moment w tym meczu – ocenił „Komora”.

Z psychologicznego punktu widzenia, to tyszanie mogli czuć się lepiej przez całe spotkanie. To oni prowadzili przez 58 minut meczu. Rywale zaś musieli się skupić na tym żeby wyrównać i zacząć mecz „od nowa”. Na szczęście przyjezdnych, udało im się wywieźć z trudnego terenu trzy punkty.

– Może i rywal gonił wynik przez cały mecz, ale prowadząc 2:0 nie powinniśmy dopuścić do tego żeby nagle się zatrzymać i czekać aż ten mecz się zakończy. Zbyt dużo razy podaliśmy rękę rywalom. To my podnieśliśmy gospodarzy z kolan – stwierdził Filip Komorski.

Wczorajszy mecz z TAURON Re-Plast Unią Oświęcim był ostatnim sprawdzianem dla obu ekip przed zbliżającym się Pucharem Polski. Już 28 grudnia tyszanie skrzyżują kije z mistrzami Polski. Dzień później biało-niebiescy zmierzą się z Comarch Cracovią.

– Na pewno jest jeszcze kilka rzeczy do poprawy. W starciach z Katowicami czy z Oświęcimiem jesteśmy wyrównanymi drużynami. Tu decydują detale. Nigdy nie ma perfekcyjnego meczu, ale wiadomo że do tego się dąży. W półfinale Pucharu Polski to będzie taki sam mecz jak te dwa ostatnio co zagraliśmy. To będzie mecz walki. Być może to będzie spotkanie, o którym zdecyduje jeden błąd. Do każdego meczu jednak podchodzimy z przeświadczeniem, że wygramy. Nieważne czy jest to mecz ligowy czy pucharowy. Po to gramy żeby wygrywać – powiedział środkowy GKS-u Tychy.

Podczas wczorajszego spotkania, nasz rozmówca dwukrotnie zjeżdżał do boksu z grymasem bólu. Najpierw stało się to po starciu z Tommim Laakso, następnie odczuł wejście ciałem Teddy’ego Da Costy. Strata kapitana w meczu pucharowym byłaby ogromnym ciosem dla GKS-u Tychy.

– Może nie wszystko jest w najlepszym porządku, ale chyba jest ok. Może nie mam pewności, ale myślę że na Puchar Polski będę w pełni gotowy. W żadnej z tych dwóch sytuacji nie było złośliwości ze strony rywali, więc wszystko jest w porządku – zaznaczył 31-latek.

Nie samym hokejem człowiek żyje. Już jutro rozpocznie się okres świąteczny. Dla hokeistów ten okres musi być wykorzystany do maksimum, bowiem muszą trenować przed nadchodzącym turniejem.

– W tym roku święta będą bardzo szybkie. 26 grudnia wracamy do treningów, jeszcze jutro mamy trening. W moim przypadku to będzie krótki wypad do Warszawy, a potem powrót do Tychów i wracamy do pracy żeby inni mogli sobie posiedzieć przy świątecznym stole i nas oglądać. Nie ma jednak możliwości żeby nadmiernie się obżerać, trzeba znać umiar. Dopiero po zakończeniu kariery będzie można sobie pozwolić na nieco więcej – powiedział pół żartem, pół serio Filip Komorski.

Kliknij, by skomentować

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


betclic

Ostatnie artykuły