MŚ Elity – dzień siódmy. Pogrom Szwajcarów, „come back” Czechów i prowadzenie Finów

Reprezentacja Szwajcarii rozbiła dziś w pył Słowaków, wygrywając aż 8:1. Był to szczególny mecz dla Andresa Ambühla. Amerykanie stoczyli zacięty bój z Łotyszami; Czesi pokazali, że w hokeju gra się do końca, a Finowie po zwycięstwie nad Włochami objęli prowadzenie w grupie B.

Szwajcarzy powrócili na właściwe tory. Zadecydowały przewagi

Słowacy przystępowali do tego meczu jako liderzy grupy A, odnosząc do tej pory trzy zwycięstwa. Dzisiejsze starcie rozpoczęło się jednak lepiej dla Helwetów. Kristián Pospíšil potraktował ostro pod bandą Andresa Ambühla, atakując go w okolice głowy, a sędziowie nie mieli innego wyjścia, niż wykluczyć go z dalszej gry.

Nasi południowi sąsiedzi zagrali jednak w osłabieniu z pazurem, wywierając sporą presję na rywalach. Zmusili w ten sposób do błędu Reto Berrę, który stracił krążek za własną bramką na rzecz Adam Liški. Matúš Sukeľ nie wykorzystał jednak wybornej szansy na otwarcie wyniku. Niewykorzystane okazje lubią się mścić – w myśl tej zasady Raphael Díaz zwieńczył przewagę zespołu strzałem z dystansu, a krążek trącony przez Mariana Studeniča zmylił Júliusa Hudáčka.

Druga odsłona zaczęła się od mocnego uderzenia Szwajcarów – Sven Andrighetto również zdecydował się na siłowy finisz przy kolejnym power-playu, wyprowadzając swoją reprezentację na dwubramkowe prowadzenie. Gdy Romain Loeffel dołożył trzecią bramkę, stało się jasne, że Słowacy mają dziś nikłe szanse na wywalczenie chociażby jednego punktu, natomiast gol Grégory’ego Hofmanna całkowicie pogrzebał ich marzenia.

Rezygnacja podopiecznych Craiga Ramsaya stała się szczególnie widoczna w ostatnich dwudziestu minutach. Tuż po jej rozpoczęciu trafienia zainkasowali Timo Meier oraz Philipp Kurashev. Słowaków było stać na zaledwie jednego gola, zdobytego przez Michala Krištofa. Szczególnie kontrowersyjna okazała się być druga kara meczu – Mislav Rosandić po pozornie błahym starciu musiał udać się do szatni. Szwajcarzy nie zmarnowali okazji do pognębienia rywala, dopisując kolejne dwie bramki autorstwa Hofmanna oraz Loeffela.

Dla Andres Ambühl był to 111. występ na turnieju rangi mistrzowskiej. Wyprzedził on tym samym legendę sowieckiego hokeja – Aleksandra Malcewa – i zajmuje obecnie drugą pozycję w historii. Przed nim już tylko Niemiec Udo Kiessling (119 spotkań na Mistrzostwach Świata). Szwajcarski napastnik uświetnił swój występ dwiema asystami.

Szwajcaria – Słowacja 8:1 (1:0, 3:0, 4:1)

1:0 – Raphel Díaz – Grégory Hofmann, Sven Andrighetto (9:47, 5/4),

2:0 – Sven Andrighetto – Raphel Díaz, Grégory Hofmann (20:25, 5/4),

3:0 – Romain Loeffel – Tristan Scherwey, Christoph Bertschy (25:17),

4:0 – Grégory Hofmann – Enzo Corvi, Romain Loeffel (36:11),

5:0 – Timo Meier – Santeri Alatalo, Philipp Kurashev (40:38),

6:0 – Philipp Kurashev – Ramón Untersander, Andres Ambühl (44:34),

6:1 – Michal Krištof – Peter Cehlárik (45:12),

7:1 – Grégory Hofmann – Andres Ambühl, Sven Andrighetto (52:39, 5/4),

8:1 – Romain Loeffel – Janis Jérôme Moser, Christoph Bertschy (54:03, 5/4).

 

 

Zapachniało niespodzianką. Konsekwencja Amerykanów

Po pierwszej tercji Amerykanie mieli prawo czuć oddech rywali na karku, bowiem Łotysze sprawili w pierwszej tercji niespodziankę, dwukrotnie wyrównując stan meczu. Mecz rozpoczął się jednak od mocnego ciosu wyprowadzonego przez Matta Tennysona, który huknięciem spod niebieskiej zmieścił krążek idealnie między parkanami Matīssa Kivlenieksa. Już niedługo później gospodarze stanęli przed szansą gry w podwójnej przewadze i koncertowo ją wykorzystali, gdy „rozklepali” swych rywali, a Miks Indrašis pokonał bezradnego Cala Petersena. Kolejny cios został wyprowadzony przez najstarszego gracza w szeregach Amerykanów – Briana Boyle’a, a więc zawodnika, który od zakończenia sezonu 2019/2020 pozostaje… bez klubowej przynależności. Łotewskiemu golkiperowi interwencji nie ułatwił również fakt, iż po jego strzale krążek odbił się od rękawicy Rihardsa Marenisa. Ponownie nie załamało to hokeistów dowodzonych przez Boba Hartleya. Ralfs Freibergs wykaraskał krążek pod bandą, zagrał do Oskarsa Batņy, ten przedłużył podanie do Renārsa Krastenbergsa, a napastnik austriackiego Villachera wiedział już, jak zachować się pod bramką.

Ekipa zza oceanu wywalczyła sobie przewagę dopiero w drugiej tercji. Już w pierwszej minucie tej odsłony Colin Blackwell mógł sprytnie objechać bramkę Kivlenieksa i ulokować krążek w siatce, na jego przeszkodzie stanął jednak słupek. Reprezentanci Stanów Zjednoczonych mieli zdecydowanie więcej szczęścia przy próbach Trevora Moore’a oraz Matthewa Beniersa (dla odmiany – najmłodszego w składzie), co pozwoliło im dowieźć bezpieczny rezultat do końcowej syreny.

Stany Zjednoczone – Łotwa 4:2 (2:2, 2:0, 0:0)

1:0 – Matt Tennyson – Trevor Moore, Conor Garland (1:06),

1:1 – Miks Indrašis – Lauris Dārziņš (5:00, 5/3),

2:1 – Brian Boyle – Kevin Labanc, Justin Abdelkader (14:46),

2:2 – Renārs Krastenbergs – Oskars Batņa, Ralfs Freibergs (16:45),

3:2 – Trevor Moore – Conor Garland, Jason Robertson (31:45),

4:2 – Matthew Beniers – Sasha Chmelevski, Brian Boyle (33:32).

 

 

Powrót Czechów. Zabójcza czwarta tercja

Czesi, którzy – delikatnie mówiąc – nie zanotowali najlepszego startu na tegorocznych Mistrzostwach Świata, słabo rozpoczęli także starcie ze Szwedami. Skandynawowie po pierwszych dwudziestu minutach wypracowali sobie dwubramkowe prowadzenie. Najpierw sposób na pokonanie Šimona Hrubca znalazł Andreas Wingerli, sprytnie strącając krążek zagrany przez Maxa Freiberga. Kolejne trafienie zanotował z kolei Rickard Rakell, pokonując bramkarza strzałem z bulika mierzonym na krótszy słupek.

Gdy druga odsłona nie przyniosła żadnych bramek, wydawało się że Szwedom do pełnej puli wystarczy 20 minut koncentracji. Mało kto spodziewał się jednak takiego obrotu wydarzeń. Sygnał do odrabiania strat dał Jakub Vrána. Bramkowy efekt przyniosła również kolejna przewaga Czechów – tym razem skorzystał na niej Jan Kovář. Podcięło to ewidentnie skrzydła ekipie Johana Garpenlöva, a kolejne trafienie było kwestią czasu. Następny cios wyprowadził Lukáš Klok. Wynik meczu ustalił natomiast Jakub Flek, dobijając krążek do pustej bramki.

Szwecja – Czechy 2:4 (2:0, 0:0, 0:4)

1:0 – Andreas Wingerli – Max Friberg (12:08),

2:0 – Rickard Rakell – Adrian Kempe, Magnus Nygren (15:02),

2:1 – Jakub Vrána – Matěj Stránský (41:10, 5/4),

2:2 – Jan Kovář – Jiří Sekáč, Dominik Kubalík (44:53),

2:3 – Lukáš Klok – Jan Kovář (48:17),

2:4 – Jakub Flek – Dominik Kubalík (58:26, do pustej bramki).

 

 

Finowie wskakują na fotel lidera

Finlandia odniosła dziś skromne prowadzenie nad reprezentacją Włoch, a po meczu obydwie ekipy znalazł się na przeciwnych biegunach tabeli. Ale po kolei. Losy meczu rozstrzygnęły się tak właściwie już w pierwszej tercji, gdy Tony Sund strzałem spod niebieskiej wykorzystał pierwszą przewagę swojej drużyny. Półtorej minuty później zdobyła kolejne trafienie, tym razem po dwójkowej akcji Arttu Ruotsalainena z Niką Ojamäkim.

Włosi w drugiej tercji przedwcześnie cieszyli się z bramki kontaktowej, sędziowie nie mieli jednak wątpliwości, iż krążek, który wpadł do bramki Harriego Säteriego został zagrany zbyt wysoko uniesionym kijem. Gol Tony’ego Sunda ustalił natomiast końcowy rezultat, gdyż w trzeciej tercji nie oglądaliśmy już żadnej bramki.

Finlandia – Włochy 3:0 (2:0, 1:0, 0:0)

1:0 – Tony Sund – Petri Kontiola, Jere Innala (6:50, 5/4),

2:0 – Arttu Ruotsalainen – Niko Ojamäki (8:20),

3:0 – Tony Sund – Saku Mäenalanen, Miika Koivisto (28:33).