Znajdziesz nas też tutaj:

Felietony

Wielkie oczekiwania, wielkie rozczarowanie

Kibice oświęcimskiej Unii z pewnością nastawiali się w minionym sezonie na walkę o mistrzostwo Polski, jednak ich oczekiwania dość szybko zostały stłumione. W przekroju całego sezonu to właśnie zespół Re-Plast Unii Oświęcim może nosić miano największego rozczarowania minionych rozgrywek.

Obiecujące transfery

Przed sezonem, włodarze oświęcimskiego klubu chcieli znacząco wzmocnić swoją kadrę. Biało-niebieskie barwy przywdziali tacy zawodnicy jak Jere Helenius, Teddy Da Costa czy Lassi Raitanen. Wszyscy wymienieni mieli w swoim CV występy w solidnych ligach takich jak Liiga czy Mestis. Najwięcej jednak mówiło się o przyjściu Eliezera Sherbatova. Izraelski skrzydłowy miał bardzo ciekawą przeszłość. Kształcił się w QMJHL, która jest jedną z najlepszych lig juniorskich na świecie. Zahaczył też o KHL, jednak większość czasu spędził w Kazachstanie występując na najwyższym poziomie rozgrywkowym.

Wszystkim miał pokierować Nik Zupančič, który sezon wcześniej dał sygnał, że z jego drużyną trzeba się liczyć. Ogromną wiarę pokładano w tych, których znaliśmy z występów w kampanii 2019/2020, wymieniając tu choćby słoweńskie trio (Klemen Pretnar, Luka Kalan i Gregor Koblar). Im jednak sezon dłużej trwał, tym bardziej widoczne były problemy trapiące Unię.

Chaos

Wszyscy wiemy w jakich realiach obecnie żyjemy. Od ponad roku wszyscy męczymy się z pandemią (i związanymi z nią obostrzeniami). W trakcie rozgrywek nie było możliwości wsparcia z trybun. Kiedy w naszym kraju niemal codziennie padał rekord zakażeń koronawirusem, rozgrywki trwały w najlepsze, a niektórzy zawodnicy musieli poddać się obowiązkowej kwarantannie. Choroba nie odpuściła jednak kilku hokeistom, a także trenerowi Re-Plast Unii. To właśnie przymusowy rozbrat z pracą słoweńskiego trenera był naszym zdaniem kluczowy dla losów sezonu w wykonaniu oświęcimskiego klubu.

Podczas absencji pierwszego szkoleniowca, stery objął Michal Fikrt, który radził sobie dość przeciętnie. Wszyscy w Oświęcimiu siedzieli jak na szpilkach w oczekiwaniu na powrót Nika Zupančiča. Ten w końcu wrócił, ale chyba nie o takim powrocie marzył. Przed byłym selekcjonerem reprezentacji Słowenii piętrzyły się problemy. Momentem kulminacyjnym był mecz rozgrywany 15 listopada na toruńskim Tor-Torze. Wtedy gospodarze ograli biało-niebieskich 4:0, ale po tym meczu nie mówiło się tylko o wyniku. W przerwie pomiędzy pierwszą, a drugą tercją Nik Zupančič nie chciał opuścić boksu, a sędziowie nałożyli na niego karę, w efekcie czego słoweński trener rzucił w kierunku arbitrów kilka niewybrednych słów i… worek z lodem. Na drugi dzień pojawiła się informacja, że Słoweniec pożegnał się klubem i wrócił do ojczyzny.

Nowa nadzieja

Szefowie Re-Plast Unii Oświęcim szybko zareagowali i ściągnęli do Polski trenera z przeszłością w NHL – Kevina Constantine’a. Trzeba sobie powiedzieć jasno, że swoim CV przebijał wszystkich trenerów, którzy kiedykolwiek pracowali w naszym kraju, dlatego sporo obiecywaliśmy sobie po przyjściu kogoś o takiej renomie.

Kanadyjczyk częściowo ten chaos opanował. Udało mu się odnieść sukces w postaci wyeliminowania GKS-u Tychy z Pucharu Polski i awansu do finału. Apetyty oświęcimskich kibiców rosły. Gra jednak nie wyglądała tak, jak mogliśmy ją sobie wyobrażać. Naszym zdaniem Constantine nie wykorzystał potencjału, jakim dysponowała jego drużyna. Odsunął on choćby Klemena Pretnara od gry w przewadze, co okazało się być błędną decyzją. Jego maksymą wydawało się być hasło„bronić za wszelką cenę”. Do klubu dołączyli jeszcze tacy zawodnicy jak Victor Bartley, Brett McKenzie czy Gilbert Brulé. Wszyscy wymienieni mieli postawić grę ofensywną na nogi. Jak było?

Skończyło się tak, że Victor Bartley wystąpił łącznie w 9 meczach ligowych, w których zanotował 6 asyst. Liczby bardzo dobre, ale jeśli popatrzymy na minuty karne, to chyba nie możemy mówić o wielkim wsparciu dla drużyny. Bowiem w tych kilku spotkaniach musiał odsiadywać… aż 47 minut karnych! Koniec końców, przed rozpoczęciem play-offów spakował się i wyjechał i do końca sezonu już nie wrócił.

Brett McKenzie? Kompletny niewypał. Miał poprawić liczbę zdobytych bramek, a w 18 meczach zdobył ich zaledwie dwie. Może miałby ich na swoim koncie więcej, gdyby nie marnował swoich okazji w sytuacjach niemal stuprocentowych.

Gilbert Brulé zawiódł najmniej z całej trójki. Widać, że nie był on przygotowany do gry, ale przynajmniej się starał i chciał pomóc swojej drużynie. W 13 meczach zanotował 7 punktów za 5 bramek i 2 asysty.

Brutalna weryfikacja

Formę drużyny miał zweryfikować finał Pucharu Polski. Tam jednak JKH GKS Jastrzębie pokonał Re-Plast Unię 3:2 i to podopieczni Roberta Kalabera ostatecznie świętowali. Oświęcimianie musieli obejść się smakiem, ale wszyscy kibice biało-niebieskich z niecierpliwością czekali na fazę play-off.

W ćwierćfinale, przyszło im grać z GKS-em Katowice. Po pierwszych dwóch meczach humory w Oświęcimiu były słodko-gorzkie. Bowiem pierwszy mecz wyszedł biało-niebieskim imponująco, gdyż pokonali katowiczan 8:0. Jednak dzień później musieli przełknąć gorycz porażki przegrywając 0:5. W Oświęcimiu jednak wiara powróciła po spotkaniu numer trzy, kiedy to podopiecznym Kevina Constantine’a udało się pokonał rywali 4:2. Na ich nieszczęście było to ostatnie zwycięstwo w tym sezonie. Pozostałe trzy mecze wygrywała już GieKSa i to ona liczyła się w dalszej grze o mistrzostwo.

Sezon na straty

Przed sezonem sporo sobie obiecywano. Czas jednak pokazał, że głośne nazwiska to nie wszystko. Ciężko kogoś obwiniać za tak słaby wynik byłego już wicemistrza Polski. Zawiedli ci, w których pokładano największe nadzieje. Sherbatov, McKenzie czy choćby Saunders, to w głównej mierze oni sprawili swoim kibicom największy zawód. Splot niefortunnych wydarzeń przyczynił się do takiego wyniku. Co byłoby gdyby nie koronawirus? Można tak gdybać, ale w minionym sezonie Unii po prostu zabrakło szczęścia.

(fot. PAP)

Ostatnie artykuły