Znajdziesz nas też tutaj:

Felietony

Zagłębie Sosnowiec, czyli jak NIE budować klubu hokejowego

Największym rozczarowaniem obecnych rozgrywek jest Zagłębie Sosnowiec. Postanowiliśmy przeanalizować wszystkie błędy popełnione przez sosnowieckich działaczy i odpowiedzieć na pytanie: dlaczego w Zagłębiu jest tak źle?

Aktualna pozycja Zagłębia nie sprawiłaby zbyt wiele rozczarowania poza Brynicą. Z góry było przecież wiadome, że ten rok będzie okresem przejściowym, kiedy to klub wprowadził wariant oszczędnościowy i postawił na własną młodzież, rezygnując z drogich w utrzymaniu obcokrajowców. Czym jednak dalej w las, tym perspektywy i wyniki są coraz gorsze, a obecny kształt drużyny odbiega znacznie od pierwotnych wizji.

Cofnijmy się do przedsezonowych przygotowań. Po przegranej walce o play-offy z Energą Toruń stało się jasne, że czas Marcina Kozłowskiego na stanowisku pierwszego trenera dobiegł końca. Nie pożegnał się on jednak z klubem definitywnie, bowiem został mianowany asystentem Grzegorza Klicha. Łyżwy na kołku zawiesili Rafał Radziszewski, Damian Słaboń i Michał Działo, podziękowano także za współpracę stranieri: Kamilowi Charouskowi, Markowi Kalužy, Romanowi Kowalence, Matejowi Cunikowi oraz Filipowi Stoklasie. Ponadto odeszło dwóch wychowanków: Marcin Horzelski oraz Łukasz Podsiadło, ale mimo to sygnał był jasny – stawiamy na swoich.

Kadrowy stan posiadania pozwalał łudzić się, że Zagłębie stać na włączenie się do walki o awans do czołowej ósemki, gwarantującej udział w fazie play-off. Michał Czernik już w ubiegłych rozgrywkach pokazał, że jest w stanie godnie zastąpić Radziszewskiego. W defensywie poważniejszą szansę otrzymać mieli Armen Khoperia, Michał Domogała czy Kacper Opiłka. O bramki mieli za to zadbać Michał Bernacki, Jakub Blanik, Patryk Jarosz, Andriej Dubinin, Wasilij Jerasow, bądź też Mariusz Piotrowski. Dodajmy do tego doświadczonych zawodników w osobach Dominika Nahunki czy Tomasza Kozłowskiego, a do wykończenia układanki zabraknie jedynie zakontraktowania zagranicznych defensorów oraz zapewnienia z przodu nieco kreatywności i technicznego sznytu.

Spośród cudzoziemców letnie wietrzenie szatni przetrwali jedynie wspomniani wyżej Jerasow i Dubinin, a także Daniłł Kulikow oraz Maksim Citok, którzy zaprezentowali się z dobrej strony w końcówce zeszłego sezonu. Znad morza skaperowano talenty Michała Naroga oraz Igora Smala, z Jastrzębia-Zdroju przybył natomiast Tomasz Kulas, który po słabym okresie chciał poszukać szczęścia gdzie indziej. Zapewniono sobie także usługi Adama Domogały, który miał wspierać Zagłębie przed odejściem do Niemiec.

Pierwsze niepokojące symptomy dały o sobie znać już latem, kiedy to w sparingach zorganizowano casting pośród hokeistów wątpliwej renomy, a szansę wykazania się otrzymały takie tuzy jak Ryan Widmar (nota bene brat znanego z Cracovii Josepha), Ondřej Gabrhelík czy Miroslav Pokorný. Ostatecznie angaż wywalczyli Magnuss Jākobsons, Michaił Syrojeżkin, Eduard Kaščák, Dienis Salnikow i Rusłan Baszyrow. Czy były to wzmocnienia na miarę niezbyt wygórowanego poziomu Polskiej Hokej Ligi? Wtedy były to wielkie niewiadome, dziś natomiast odpowiedź jest prosta. Jedynie Baszyrow może być spokojny o podpisanie kontraktu z lepszym zespołem.

Początek sezonu nie zwiastował tragedii. Punkty skradzione Podhalu oraz GieKSie pozwalały sądzić, że Zagłębie jeszcze nie raz napsuje krwi mocniejszym rywalom. Szybko dały o sobie znać jednak liczne mankamenty, spośród których wybijały się przede wszystkim fatalna organizacja gry w obronie, a także niezbyt imponująca skuteczność.

I w tym miejscu, po nieco przydługim zarysie sytuacji, zaczyna się nasza właściwa analiza wszelkich ruchów w zarządzaniu kryzysem. Chwilę po inauguracji udało się pozyskać jeszcze Jewgienija Nikiforowa (stworzył solidny duet z Baszyrowem), pod koniec miesiąca podziękowano natomiast zawodzącym Kulikowowi i Citokowi. Zero zaskoczeń. Wszystko trzyma się jeszcze logiki i zdrowego rozsądku.

Rozpoczynamy październik, a wraz z nim serię, przez którą Zagłębie znalazło się po uszy w śmierdzącym gównie. Szybko zaczęło się wówczas klarować, że sosnowiczanie nie mają co liczyć na udany sezon. Młodzież, na którą przecież tak liczono, nie miała jakichkolwiek autorytetów, od których by się mogła uczyć, defensywa budziła jedynie śmiech, a gdyby nie Baszyrow i Nikiforow, to Zagłębie nie miałoby także żadnych argumentów w ataku. To był odpowiedni moment na podjęcie radykalnych kroków. Wprowadzenie roszad pośród obrońców, zadbanie o celne strzelby w ofensywie. Kto wie, być może nawet zmianę trenera?

Zamiast tego podjęto jakże rozsądną decyzję, o zakontraktowaniu… bramkarza. W tym samym momencie, kiedy to Michał Czernik otrzymuje powołanie do reprezentacji Polski, a w każdym meczu dwoi i troi się, by uchronić swoją ekipę od kompromitacji. Cóż z tego, że przy defensywnej parodii, której twarzą stał się Eduard Kaščák, nie pomogliby nawet Patrick Roy czy Dominik Hašek, i to stojąc we dwójkę między słupkami. Kiedy na horyzoncie pojawiła się możliwość zakontraktowania golkipera znajdującego się cztery lata temu na listach skautów NHL, to wyłączono wszelkie receptory odpowiedzialne za logiczne myślenie.

Nie upłynęło zbyt wiele czasu, a rozpoczęto kolejne zwolnienia. Rozwiązano kontrakty z Salnikowem, a także ewidentnie sabotującym zespół Kaščákiem. Nie uchroniło to jednak przed czmychnięciem z pokładu tonącego okrętu kapitana zespołu, Dominika Nahunki.

Przed nami maluje się teraz obraz nędzy i rozpaczy, a także sportowej żałości. Zagłębie pogrążało się w dołującej serii porażek, powiększając konsekwentnie stratę do STS-u Sanok. Czarę goryczy przelała natomiast przegrana ze Stoczniowcem Gdańsk.

Wtedy też w siedzibie klubu musiano uderzyć pięścią w stół i zdecydować się na kolejne posunięcia, które miałyby przełamać kompletny marazm. Do klubu ściągnięto Lucasa Bombardiera, Iwana Rybczika, Aleksandra Rodionowa, Imants Ļeščovs i Aleksandra Wasiljewa. Dlaczego nie zakontraktowano ich wcześniej, tylko czekano do sięgnięcia dna? Skąd wyczarowano nagle pieniądze na zawodników o znacznie bardziej uznanych nazwiskach, niż tych zakontraktowanych latem? Pomidor. Fakty są jednak takie, że strata do Sanoka wynosiła wówczas już kilkanaście punktów, a przy niewielkiej liczbie meczów do końca, samo skuteczne punktowanie nie oznaczało jeszcze sukcesu, bowiem musiano liczyć na potknięcia rywala. Ryzyko było więc olbrzymie.

Pod uwagę nie wzięto także niezwykle istotnego czynnika. Ściągnięcie zawodników z terenów byłego ZSRR nie oznacza z automatu, że po jednej posiadówie zwieńczonej kieliszkiem taniej wódki zagryzionej nieświeżym śledziem, na lodzie będą oni prezentowali jakiekolwiek zgranie. Każdy hokeista potrzebuje nieco czasu na aklimatyzację, a także wypracowanie więzi na lodzie. Liga jednak nie czekała i boleśnie weryfikowała hokeistów z Zamkowej.

Punkt wywalczony z toruńską rewelacją mógł zostać przyjęty przez kibiców jako mały promyk nadziei, nie minął jednak tydzień, a Zagłębie zostało boleśnie rozbite przez STS, który przypieczętował właściwie tym samym swój awans do play-offów.

W ostatnich dniach ogłoszono odejście Cody’ego Portera i Lucasa Bombardiera, którzy nie okazali się być zbawcami zza oceanu. Można to symbolicznie potraktować jako fiasko całego projektu. Kanadyjski bramkarz wykazywał się czasami ponadprzeciętnymi interwencjami, ale bywał nierówny i zdarzały mu się błędy. Odstawienie Michała Czernika na boczny tor spowolniło tylko jego rozwój, a żadna z pozycji nie wymaga większego zaufania niż obsada bramki. Bombardier był natomiast ucieleśnieniem wszelkich problemów związanych z transferami “last minute”: nie potrafił wkomponować się do zespołu, był rzucany po formacjach w poszukiwaniu optymalnego zestawienia, a koniec końców odpłacił się jedynie jedną bramką zdobytą w dziewięciu meczach.

Problem Zagłębia, poza fatalnym zarządzaniem, tkwi jednak gdzie indziej. Ciężko jest ocenić, ile winy leży po stronie trenera Klicha, a ile znajduje się jej w głowach zawodników. Sosnowiczanie przecież nie zawsze prezentowali na wskroś beznadziejnej gry. Przydarzały im się mecze, takie jak z Tychami, kiedy to potrafili zaprezentować się bardzo dobrze w przekroju pojedynczych tercji. Załamanie nadchodziło jednak zazwyczaj w drugiej odsłonie. Niejednokrotnie jedna bramka wystarczyła, by załamać kompletnie morale hokeistów ze stolicy Zagłębia Dąbrowskiego. Rozpoczynała ona wówczas splot licznych pomyłek defensywnych i kompletnego chaosu w szeregach obronnych.

“Stawianie na wychowanków” to już mityczna zasłona w polskich klubach, które czeka gorszy rok spowodowany cięciami finansowymi. Każdy młody zawodnik potrzebuje jednak swojego mentora i sztabu, który byłby w stanie odpowiednio rozwinąć jego umiejętności. Obydwu tych rzeczy brakuje zdecydowanie w Sosnowcu. Zamiast tego, po paśmie niepowodzeń młodzi zawodnicy poszli w odstawkę, a zaangażowano do gry wschodni zaciąg. Zapewne wszystkie kluby, które mają przed sobą chude lata chciałyby nawiązać do drogi Róberta Kalábera, który po długiej i miejscami krętej drodze wyselekcjonował sobie swoją własną zaufaną gwardię. Podobnym szlakiem chce podążyć STS Sanok, cierpliwie budowany na zdolnej młodzieży i zdrowych zasadach finansowych. W obydwu wypadkach postawiono jednak na jasno sprecyzowane kierunki wśród obcokrajowców. W Jastrzębiu-Zdroju niegdyś szukano za południową granicą weteranów, którzy mieliby stanowić dla młodych drogowskaz, w Sanoku natomiast zbudowano trzon zespołu według Finów, którzy świetnie rozumieją się zarówno na lodzie, jak i poza nim.

 

fot. Sławomir Bomba/hokej.zaglebie.eu

Ostatnie artykuły